czwartek, stycznia 04, 2007

liczy się codzienność?

Moja codzienność to Meg, Karolina, Kamila, moja siostra. Moja codzienność to pisanie, czytanie, myślenie. Moja codzienność to nieustanny bałagan w pokoju nad którym próbuje zapanować, piętrzące się w zlewie naczynia. Moja codzienność to referaty z neurologii, nowe okulary od Armaniego, marzenia o normalności. A jednak ciągle żyję czymś niecodziennym, najwięcej emocji dostarcza mi coś czego nie jestem w stanie dotknąć, co powoli odsuwa się ode mnie i zapomina o mnie. Ci niecodzienni ludzie z którymi tyle przeżyłam i wśród których publicznie płakałam. Ci ludzie którzy są uosobieniem tego co we mnie głębokie, miejsca w którym to może się wydobyć, bez obawy przed odrzuceniem, bezpieczne terapeutyczne miejsce. Myślałam, że zawsze będzie dla mnie miejsce pośród tamtych ludzi, ale tak nie będzie, nie jest. Nigdy nie zauważam, że czas upływa i nadchodzą zmiany, kolejny raz zakotwiczyłam się w pewnym momencie przeszłości i nie zauważyłam że minął, wykluczył mnie ze swojego świata. Codzienność... dlaczego tak trudno mi ją docenić? Dlaczego to co utracone wydaje mi się głębsze, bardziej wartościowe? Może dlatego, że zna mnie do głębi a przynajmniej chcę w to wierzyć. Niecodzienne nie konfrontuje się z nami. Niecodziennemu możemy nadawać cechy boskie. Dopóki nie zdarza się cos co nas olśniewa, co zastaje nas z ręką w nocniku, marzących o niecodziennym, nie zakorzenionych w codzienności, nie mających oparcia. Mam nadzieję, że spadając zdążę uwierzyć, że ktoś codzienny mnie złapie.

Brak komentarzy: