środa, marca 28, 2007

samotność

Dociera do mnie moja samotność, może właściwie to, że każdy jest samotny? Nie, moja samotność. Wiem o niej ale nie chcę się do niej przyznać. Może dlatego, że nie chcę się nad sobą użalać? Boję się, że ludzie uznają, że mi się nie należy prawo do mojego żalu... że niby każdy jest samotny, że to nic wielkiego. To jest coś wielkiego, mimo, że się do tego przyzwyczailiśmy, mimo, że ja się przyzwyczaiłam. To nie jest normalne, żeby żyć bez rodziny, przez nikogo niekochanym, bez kogoś bliskiego. Nikogo bliskiego. Im dłużej we mnie ta samotność, tym głębiej się we mnie zagnieżdża, jakby była czymś wrodzonym. Tak się do niej przyzwyczaiłam, że nie zauważam , że jest, że jest czymś nienormalnym. Wystarcza mi świat mojej fantazji, moich książek, mojego pisania do szuflady. Wydaje mi się, że to wystarczy by nazwać życie pełnią. Nie wiem czego potrzebuję. Boję się, że miłość będzie czymś nieprawdziwym, że to co mnie (ewentualnie) spotka, zakrzyczy prawdę o mnie, że ja zakrzyczę, mój głód miłości zakrzyczy, prawdę, że dam się oszukać skrzywdzić, że sama siebie oszukam. Tak się przyzwyczaiłam do uwitego w mojej pościeli gniazda, w pościeli, w której chowam się przed światem, przed realnością, która bezlitośnie ujawnia samotność, że już nawet nie szukam wyjścia.

Brak komentarzy: